Polecamy

16 dni na Ukrainie z dziećmi – Lwów i Zakarpacie – relacja dzień po dniu, mapy, ceny, wskazówki

ukraina, podróż, góry, zakarpacie, piwo, salo,

16 dni, 2211 kilometrów, rodzina 2+2, ukraińska wyprawa, z naciskiem na Lwów i Zakarpacie.

Przepyszne jedzenie, tanie noclegi, przemili i życzliwi ludzie…  Gdybym w kilku krótkich słowach opisać miała ten intensywny trip, to wybrałabym hasła: czekolada, pielmieni, solianka, bryndza, piwo, cukierki, góry, rzeki, lasy, uśmiech, bezinteresowność, gościnność, tradycja, wiara!

Jeśli gdzieś w Twojej głowie tli się pomysł wyjazdu na Ukrainę, a nie do końca jesteś przekonany/na czy Ci się tam spodoba, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Relacja dzień po dniu, godzina po godzinie. Ceny, nasze wrażenia, czas stania na granicach. Zapraszamy do czytania i oglądania:

  • Dzień 1 – Wrocław – Bochnia
  • Dzień 2 – Rzeszów (Muzeum Dobranocek) – Obroshino (pod Lwowem)
  • Dzień 3 – Lwów
  • Dzień 4 – Lwów
  • Dzień 5 – Lwów
  • Dzień 6 – Kamieniec Podolski
  • Dzień 7 – Twierdza w Kamieńcu Podolskim, granica (Mołdawia)
  • Dzień 8 – Edinet (Mołdawia), granica UA, Biały Bizon
  • Dzień 9 – Biały Bizon (drewniane domki nad rzeką)
  • Dzień 10 – Kołomyja, Muzeum Pisanek
  • Dzień 11 – Sadyba u Zumera, Krivorovnya
  • Dzień 12 – Sadyba u Zumera, Krivorovnya
  • Dzień 13 – Chust, restauracja Gagarin, Hotel Karpaty
  • Dzień 14 -Uzhorod, restauracja Astika, plac zabaw, starówka, Hotel Argo
  • Dzień 15 – Krynica Zdrój, Muzeum Zabawek, Willa Miś
  • Dzień 16 – Nowy Sącz, Skansen, Miasteczko Galicyjskie

Dzień 1 – Wrocław – Bochnia

Z Wrocławia wyruszamy o 16.00, zaliczamy ogromny korek na autostradzie, tracąc przy tym 1,5 godziny cennego czasu, i około 20 zaczynamy szukać noclegu. Na kempingu w okolicach Bochni pewien jegomość krzyknął nam cenę za pokój 400 zł! „ale dla Was mogę zejść do 250”. W motelu gdzieś na wioseczce chcą od nas 180zł….

Odpalamy wyszukiwarkę hoteli, i znajdujemy całkiem nieźle wyglądającą ofertę Motelu Miś (booking). Za 140 zł dostajemy 2 pokojowy, świeżo remontowany mini-apartament, z łazienką, wspólnym tarasem, ogrodem i strzeżonym parkingiem. Na dole znajdujemy bar i restaurację, a dzieciaki odkrywają pilot sterowania kolorowym podsufitowym oświetleniem i bajki w tv. Jest dobrze :)

Dzień 2 – Bochnia – Obroshino (pod Lwowem)

Pobudka o 6.30, szybki prysznic (z hydromasażem!) i śniadanie na ogromnym tarasie z widokiem na ogród i zagajnik, Nie czujemy się ani trochę jak w motelu, to hotel pełną gębą i w dodatku bardzo przyjemny.

Około 10.30 wyruszamy w stronę Rzeszowa, odwiedzić Muzeum Dobranocek ze zbiorów Wojciecha Jamy. Muzeum, choć niewielkie, bardzo wciąga dzieciaki. Każda gablota to uśmiech od ucha do ucha i tysiąc pytań z gatunku tych trudnych. Zwiedzanie trwa godzinę i kilka minut (wliczając w to 10 minutowy seans bajkowy w mini kinie).

Po dobranockowej podróży w czasie, wolnym spacerkiem idziemy w stronę starówki w poszukiwaniu słodkości. Pytamy przechodniów o dobre lody w okolicy, kierujemy się do wskazanej cukierni (Niebieskie Migdały), i przy okazji trafiamy na Festiwal Piwa, i jakimś cudem w naszych dłoniach pojawiają się 2 piwa craftowe (Michał, kierowca swoją butelkę musi wypić troszkę później) ;). Dobre duchy podróżnicze są po naszej stronie.

Granica POLSKA – UKRAINA (przejście Korczowa)

Na granicę polsko-ukraińską docieramy o 15.00. Przed nami sznur około 20 aut, i perspektywa stania kilku godzin w palącym słońcu. Na szczęście możemy wysiąść z auta i rozprostować kości, dzieciaki puszczamy na pas zieleni, i modlimy się do bóstw wszelakich, aby potwory nie zaczęły nudzić się jeszcze przed pierwszym szlabanem.

Odradzamy próby „wbicia się” na prawy, pusty pas (tax free). Bez odpowiednich papierów ten patent nie przejdzie. Podczas naszego stania w kolejce mieliśmy okazję obserwować 4 takich cwaniaków, co to zmęczeni czekaniem wyjeżdżali z naszego pasa i próbowali dostać się na granicę prawym. Po kilku minutach widzieliśmy ich wracających na koniec kolejki, celnicy są nieugięci…

O 17.30 mijamy pierwszy szlaban i czekamy na pierwszą kontrolę paszportową po stronie polskiej. Uwaga! Za nic w swiecie nie ustawiajcie się na prawy pasie, za innymi autami na polskich blachach. To Ukraińcy w polskich samochodach, ot taka zmyłka. Wy musicie skręcić w lewo (zróbcie to szybko, na początku bo dalej są betonowe bariery i nie zawrócicie) na pas „UE CITIZEN”, który w naszym przypadku był pusty! Sama papierkologia trwa ok 20 minut.

Podjeżdzamy pod kolejny szlaban (już ukraiński), tutaj idzie szybko, i zabawa polega na podjechaniu pod szlaban, zatrzymaniu się przed celnikiem (który spisuje numery rejestracyjne), podaniu liczby osób w aucie, odebraniu od strażnika karteczki i przejechanie dalej ;)

O 18.30 podjeżdzamy pod budki ukraińskich celników, i ustawiamy się w kolejce (7 aut). W między czasie spacerujący celnicy odbierają od nas paszporty, zieloną kartę, dowód rejstracyjny i karteczkę od pierwszego strażnika (na karteczce MUSI pojawić się PIECZĄTKA). Podczas właściwej kontroli celnicy proszą o otwarcie bagażnika (z właśnej woli otwieramy również box dachowy). Nie pytają nas o cel podróży, żartują sobie z dziećmi, uśmiechają się… i jest bardzo miło :)

O godzinie 19.02 trafiamy pod ostatni szlaban, oddajemy karteczkę, strażnik liczy osoby w aucie, i ruszamy ku ukraińskiej przygodzie!

O 20.00 docieramy do zarezerwowanego wcześniej Hotelu Victoria (booking – klik), położonego w małej miejscowości Obroshino (pod Lwowem). Za 43 złote dostajemy apartament, po którym spokojnie można by jeżdzić hulajnogą. 2 pokoje + łazienka, 1 łóżko podwójne i 1 rozkładana kanapa.

Po rozpakowaniu się i szybkim prysznicu, schodzimy na dół do restauracji hotelowej (czynna do 23.00). Zamawiamy pierogi z bryndzą i mięso w sosie z pieczonymi ziemniaczkami. Do tego pierwsze, ukraińskie, zimne piwo. Wszystko pyszne i sycące. Noc spokojna, cicha, materace wygodne, woda w prysznicu cieplutka.

Co bardzo nas urzekło? Domowa, luźna atmosfera, przemiła obsługa (od Pani w recepcji czy w restauracji, po Panie pokojowe). Wszyscy się uśmiechają i odpowiadają na nasze pytania wyczerpująco.

POLECAMY aplikację na telefon „tłumacz google„, która (przy dostępie do neta) pozwala tłumaczyć w czasie rzeczywistym mowę (oraz tekst na zdjęciach, np. menu).

Adres: Shashkevycha Street 12b, Obroshino, 81115, Ukraina

Dzień 3 – Lwów

Poranek (7.30) w hotelu Victoria to szybkie śniadanie przygotowane na kuchence gazowej, parówki, świeże warzywa i mocna kawa. Do Lwowa mamy zaledwie kilkanaście minut autem.

W centrum Lwowa przejeżdżamy obok szyldu Cat Cafe. Mając córkę kociarę, zarządzam postój, i nic nie mówiąc Lei, prowadzę ją do kawiarni z jej snów. W środku przepiękne, zadbane, rasowe i pachnące kociska witają nas już przy samym wejściu, ocierają się, miauczą, a gdy dostajemy na stół kawę, jeden z nich próbuje dostać się do naszego mleka. Koty są bardzo grzeczne, nie drapią gości, nie wdają się w bójki między sobą, ot takie kocie ideały z wyższych sfer.

Zamawiamy 3 ciacha, 2 ogromne lemoniady, 2 kawy z mlekiem i 2 espresso. Za wszystko płacimy 45 zł, naszym zdaniem i tak mało za takie słodkości i napoje dla całej rodziny.

Polecamy zejść po schodach na poziom piwniczny, i tam zasiąść do stolika. Koty są tam spokojniejsze i bardziej towarzyskie. Są tam też gadżety dla dzieci do pamiątkowej fotografi (ramki, opaski z kocimi uszami). Na górze sklepik z kocimi pamiątkami (magnesy, pluszaki, kubki).

O 13.00 odbieramy mieszkanie z portalu Airbnb, udostępnione nam przez Olega. To nasz drugi pobyt w tym miejscu, i wiemy czego spodziewać się za 70zł/doba. Jest czysto, prosty (i lekko wiekowy) wystrój, kuchnia, łazienka, osobne WC, pralka, lodówka, szybki internet i 2 duże łóżka. Parter, dzieki czemu nie musimy wspinać się z bagażami po schodach. Kilka kroków od Rynku, blisko do manufaktury czekolady, piernikarni, sklepu z cukierkami Rochen i do najlepszych restauracji w mieście. Dookoła dużo mini-marketów, targ z produktami „od babuszek”, apteka, sklepiki z pamiątkami. Dla nas, miejscówka IDEALNA! (auto parkujemy na placu z pomnikiem Mickiewicza, 200 m od mieszkania, doba ok 10 zł).

A tutaj FILM, w którym Leo i Lea oprowadzą Was właśnie po tym mieszkaniu:

Sklep ze słodyczami Roshen – czyli koszyki w dłoń, i szalejcie w czekoladowo-cukierkowym RAJU! To taki nasz Wedel, tylko 10 razy tańszy :) Bardzo smaczne i lekko uzaleźniające smakowitości! POLECAMY!

Puzata Hata (Пузата Хата) – Sieciowa „restauracja”, w której mieliśmy zjeść tanio, smacznie i tradycyjnie. Wyszło z tego fastfoodowe, odgrzewane żarcie… w kiepskiej atmosferze muzyki techno, w otoczeniu brudnych stolików. Sami również musieliśmy swój uprzątnąć, bo po wejściu na piętro (za tacami w ręku) nie było ani jednego czystego metra kwadratowego. Jedzenie, które ma zapchać żołądek, smak nijaki, nie pochorowaliśmy się, ale też nie mieliśmy z tego większej przyjemności. Nie polecamy…

Zakupy – najlepszy MARKET w centrum, choć ukryty, i mało który tyrysta o nim wie ;) Nazywa się ARSEN, choć nic Wam to nie powie, nie uświadczycie też szyldu, czy reklamy z tą nazwą w pobliżu rynku. Ot, taka lwowska tajemnica. Market mieści się w klasycznej kamienicy, choć od środka wygląda jak nasza Alma czy Piotr i Paweł. Jeśli traficie do bramy wejściowej na targ/jarmark Halicki Rynek, to 10 metrów na lewo, za szklanymi drzwami przypominającymi wejście do ekskluzywnego butiku, znajdziecie ruchome schody na dół do najlepszego marketu w centrum! Duży wybór pieczywa, nabiału, garmażerka, mrożonki, ryby, mięso, wędliny, wina, pieluchy i… tylko warzywa i owoce są kiepskie. Ale po to udajcie się na wcześniej wspomniany targ – Halicki Rynek.

Dzień 4 – Lwów

Lvivarnya –  Muzeum Lwowskiego Piwowarstwa – Музейно-Культурний Комплекс Пивної Історії – Львіварня (Kleparivska 18, Lwów). Niedawno otwarte, ultranowoczesne, interaktywne muzeum piwa i piwowarstwa. Kadzie warzelnicze, przepięknie zdobione kufle, plakaty, mini linia produkcyjna, wizualizacja procesu warzenia piwa… a na końcu degustacja 4 piw lwowskich (porter, jasne, pszeniczne, miodowe). A wszystko to za 12 zł! (cena biletu normalnego z degustacją, dzieci gratis). Czas zwiedzania – ok. 2 godziny.

Restauracja Meat and Justice (м’яса та справедливості) (Valova 20, Lwów) – Jednym słowem – PYCHA MIĘCHO! Smacznie, oryginalnie, tradycyjnie i aromatycznie (menu po angielsku). Do tego przekozackie piwo craftowe „Prawda”, plac zabaw dla dzieci, mini wystawa narzędzi tortur i zabytkowe mury dookoła. MUSICIE zamówić tu talerz Salo (słonina w 3 smakach) i piwo Prawda. Dzieci jadły sałatkę z kurczakiem i jajami przepiórczymi, ja zamówiłam „podobno” małą porcję kiełbaski (a dostałam kwadrat mięcha mielonego, pyszne!),. Michał zamówił talerz mięcha, który okazał się daniem dla 3 osób, i jeszcze przez 1,5 dnia nas sycił. Koszt? 100zł, ale warto, i raz zaszaleć można!

Cukiernia Leopolis (Shevska 10, Lwów) – Gdy ma się dzieci o imionach LEOnard i LEOkadia, to nie ma bata, ta cukiernia wzywa nas i przyciąga z wyjątkową siłą. W środku cuda z czekolady, żelazka, śrubokręty, klucze płaskie i oczkowe, koła zębate, szachy i koty! Sklepik malutki, ale z jakim potencjałem! Bardzo POLECAM pralinki LAWENDOWE – Magia!

Dzień 5 – Lwów

Manufaktura czekolady (Lviv Handmade Chocolate – klik), ta główna, ta jedyna, najcudowniejsza i najsmaczniejsza! Niezliczone tabliczki ręcznie wyrabianej czekolady, aromatyczne pralinki (w stu chyba smakach!), słodkie figurki i lizaki, zestawy prezentowe opakowane w przepiękne, metalowe puszki. Wchodzi człowiek, i przepada… Każda dieta zostaje za progiem tej manufaktury, i pokornie czeka aż wyjdziecie!

Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego, Svobody 15, Lwów – Zwiedzanie z dreszczykiem emocji, lub jak kto woli… ryzykowanie życia! Samo muzeum średnie, gabloty ciemne, eksponaty kiepsko wyeksponowane, panie pilnujące wyjątkowo nadgorliwe i niemiłe.

Ale to co przykuwa naszą uwagę, to popękane ściany (ogromne uskoki, pęknięcia, widoczne szczególnie przy oknach), nierówne podłogi (to parkiet, i przesunięcie podłóg bardzo uwidocznione jest w przesunięciu się jodełkowego wzoru), przez cały czas zwiedzania towarzyszy nam wrażenie, że zapadamy się lub idziemy po pochyłej nawierzchni. Przestajemy skupiać się na eksponatach, a zaczynamy dostrzegać krzywo wiszące obrazy i pęknięte gabloty.

Wychodzimy z muzeum z ulgą… i dostrzegamy na elewacji budynku OGROMNE pęknięcie, na całej jego wysokości, od dachu po fundament! Oddalamy się, i nie chcemy tam wracać… Ten budynek osiada, to widać w środku i na zewnątrz. ODRADZAMY!

Arsenał Miejski, Pidvalna 5, Lwów – Małe i ciemne muzeum, z bardzo ciekawymi eksponatami. Tak można w skrócie opisać to miejsce. 20 minut zwiedzania i juz jesteśmy przy drzwiach wyjściowych, pozostał lekki niedosyt.

Piernikarnia Yurashko, Krakovskaya 14 – Piernikowe koty, iphone’y, koszulki piłkarskie, serducha i pokemony. Niezliczone półki barwnie lukrowanych ciastek. Znajdziecie tutaj pięknie zapakowane zestawy prezentowe, które mogą stać się idealną pamiątką ze Lwowa. Można tu również podglądnąć „mistrzów” piernikarskich przy pracy. Od czasu do czasu w piernikarni odbywają się również warsztaty dla odwiedzających.

Pierniki są nie tylko piękne, ale również bardzo smaczne. Kotek ze zdjęcia został pochłonięty w niecałą minutę od wyjścia ze sklepu.

Dzień 6 – Kamieniec Podolski

O 7.40 jesteśmy już na trasie do Kamieńca Podolskiego. Drogi w stanie dobry lub średnim, szerokie na 4 pasy, zdarzają się szutry, ale tylko kiedy gps wyprowadza nas dosłownie w pole. Do Tarnopola docieramy o 9.44, a do samego Kamieńca o 13.30 (godzinę błądziliśmy po pewnej wiosce, nie mogliśmy zawrócić bo na drodze wylano smołę, a następnie pewna staruszka pokierowała nas przez las, myśląc chyba że nasze auto to terenówka ;) ).

Apartament „Vid na Krepost” (booking) w Kamieńcu Podolskim – Strzał w dziesiątkę! Tylko 200 metrów od Twierdzy, 5 metrów od wystawy miniaturowych zamków, 100 metrów do ścisłego centrum. Samo mieszkanie pachnące nowością i nowoczesne. Kuchnia kompletnie wyposażona we wszelkie sprzęty i naczynia potrzebne do gotowania (lodówka, 2 palnikowa kuchenka, mikrofala, zlew, patelnie, garnki, płyny do naczyń). W łazience ogromny, 3 osobowy prysznic, suszarka do włosów, zapas papieru, grzejnik, ręczniki, podświetlane lustro do makijażu. Miejsca do spania to duże, wygodne, 2 osobowe łóżko + rozkładany narożnik (spokojnie 2 osoby dorosłe się zmieszczą). Szybki internet, dużo bajek w tv (kanały polskie), miejsce parkingowe na terenie obiektu (zamykana brama, dostajemy do niej klucze). Cena – nam udało się złapać okazję za 90 zł/doba.

Wieczorny spacer po Kamieńcu Podolskim:

Dzień 7 – Kamieniec Podolski i Mołdawia

Twierdza w Kamieńcu Podolskim, ul. Zamkowa 1 – O 10.00 zaczynamy zwiedzanie najpotężniejsze warowni kresowej Rzeczpospolitej. Spędzamy tutaj „zaledwie” 2 godziny, gdyż przejmujący wiatr daje nam się ostro we znaki. Przy wspinaczzce na baszty i mury dosłownie porywa nam chusty z głów, i dzieciaki zaczynają marudzić. Sytuację ratują lody, które można kupić w małym punkcie gastronomicznym na terenie twierdzy, i pamiątki ze sklepiku z suwenirami (łuki, miecze, ozdobne talerze).

Jeśli wybieracie się na zwiedzanie twierdzy z małymi dziećmi, to zapomnijcie o wózku. Strome, kręte schody, drabiny, wąskie korytarze nadają się jedynie na nosidło lub chustę.

Podróż w stronę Mołdawii…

Granica ukraińsko-mołdawska (przejście Rososhany) – na granicę docieramy o 15.30, i łącznie spędzamy na niej ok 25 minut. Klasyczna kontrola paszportowa, rzut okiem na bagaże (bez wyciągania i otwierania toreb), sprawdzenie zielonej karty, wykupienie winiety tygodniowej (mołdawskiej), kilka pytań o cel podróży, i możemy jechac w stronę Edinetu, którego podczas poprzednich wyjazdów do Mołdawi, nie odwiedziliśmy.

Hotel Florentina, Edinet, Mołdawia (booking) – podobno 4 gwiazdkowy, podobno butikowy. My zapamiętamy go jako relikt przeszłości z wielkimi aspiracjami. Opryskliwa, mająca wszystko i wszystkich w d…ie obsługa (w 100% Rosjanie). „dzieci mają być cicho, bo na dole mamy ważnych klientów”. A my to co? Gorszy sort? Na naszą prośbę o pościel dla dzieci, pokojowa ciężko westchnęła, i wróciła po godzinie, wchodząc z hukiem do pokoju (nie pukała) rzuciła (niepowleczoną) pościel na kanapę i wyszła. Zdąrzyliśmy ją jeszcze dogonić i zapytać o niedziałający w pokoju internet. Odpowiedziała, że to nie jej wina, i że jest sygnał na korytarzu, który „trzeba łapać”. Woda w kranie to zamach na nasze życie, po odkręceniu ciepłej wody… leciał dosłownie wrzątek. Lodówka była, ale nikt nie pofatygował się jej wcześniej podłączyć. Kran przeciekał, prysznic się nie domykał, a za oknem wisiały 3 gniazda os.

140 złociszy… w błoto :/

Samo miasteczko w ogóle nie przypominało naszej ukochanej Mołdawii. Brudno, dużo typów z pod ciemnej gwiazdy i cyganów. Musieliśmy odwiedzić market i aptekę, na każdym z tych przybytków wisiały klasyczne symbole „czego nie wnosić do środka”. U nas, Polsce to lody, rower, czy zakaz wprowadzania psów. U nich to przekreślony symbol noża, pistoletu i karabinu!?

Ceny w markecie zastraszająco wysokie jak na Mołdawię, czyli takie jak w Polsce. Wiemy, że w innych miastach jest zawsze kilka razy taniej niż u nas. Nawet Kiszyniów „był tańszy” od Edinetu. Dziwne miasto…

Kupujemy produkty potrzebne na kolację, przy serku z rzodkiewką i przy ukraińskim winie, decydujemy… że odpuszczamy dalszą podróż przez Mołdawię, i wracamy następnego dnia na Ukrainę. Szaleństwo, ale w naszym stylu!

Dzień 8 – Edinet (Mołdawia), Biały Bizon (Ukraina)

Śniadanie w Hotelu Florentina to ciąg dalszy farsy. Nie mamy możliwości wybory dań z karty, nie ma stołu szwedzkiego, trzeba jeść co dają. A dają podłe, odgrzewane kilka razy parówy, jajko z gorzką spalenizną, stary chleb i coś imitującego ciastko. Wszystko na jednym talerzu, przyniesione i rzucone z wielkim fochem.

Pakujemy się w ekspresowym tempie, i uciekamy (dosłownie) z Edinetu.

Granica Mołdawia – Ukraina (przejście Criva)

Mamy ogromne obawy wracając na Ukrainę, po niespełna 1 dobie w Mołdawii. Co sobie pomyślą celnicy widząc w systemie tak krótki pobyt? Nasze czarnowidztwo jest jednak bezpodstawne, celnicy są przemili, uśmiechnięci, wyluzowani i po 20 minutach wpuszczają nas na Ukrainę bez skrupulatnej kontroli, szczegółowych pytań i „trzepania” bagaży.

Biały Bizon, Білий Бізон, Весела 1, Luka, Ukraina – Oto PEREŁKA znaleziona dzień wcześniej na bookingu. Nad rzeką Tyrką, pewni młodzi ludzie wyczarowali miejsce sprzyjające rodzinnemu relaksowi i zresetowaniu poplątanych myśli. Drewniane, 4 osobowe domki z tarasami, rafting, łagodne zejście nad rzekę, mały basen, boisko do siatkówki plażowej, tipi, pole namiotowe, bania (sauna), pingpong, czyste sanitariaty, piaskownica, zabawki dla dzieci, internet, hamaki, kuchnia (lodówka, kuchenka gazowa).

Mieliśmy tutaj zostać tylko 1 noc, tak nam się jednak spodobało, że zostaliśmy jeszcze na jeden dzień (w późniejszym termnie była już rezerwacja na nasz domek :/)

Cena za nasz bungalow to … 46 zł/doba !!!

Popołudnie i wieczór to słodkie lenistwo… Michał i dzieciaki pluskają się w basenie, ja czytam książkę na leżaku. Gdy Leo i Lea zasypiają, otwieramy mołdawskie wino Cricova (najlepsze!), i do późnej nocy delektujemy się ciszą, gwiaździstym niebem i sobą… ;)

Dzień 9 – Biały Bizon

Cudowna noc, wygodne materace i pełne naładowanie życiowych baterii! Jak codzień, wstajemy skoro świt, tym razem jednak wita nas rześkie, chłodne powietrze, musimy więc ubrać się ciepło, i zoorganizować śniadanie na tarasie. Jajka, które kupiliśmy dzień wcześniej w pobliskim gospodarstwie, zaczarowały nasz poranek.

Podczas gdy my ogarniamy nasz domek, dzieci biegają po okolicy z innymi maluchami. Widzimy je z naszego tarasu, daje nam to niesamowity komfort psychiczny i taki wewnętrzny spokój. Dzień spędzamy na zabawie, spacerach i słodkim lenistwie (to ostatnie jest dla nas aż nierealne w podróży!). W poblizu Białego Bizona (400-600m) są 3 wiejskie sklepiki, kupujemy w nich wszystkie potrzebne składniki  na obiad + wino serwowane na szklanki ;)

WIĘCEJ o Białym Bizonie napiszemy już wkrótce, w osobnym poście :)

Dzień 10 – 2017.06.18 – Kołomyja, Muzeum Pisanek

O 8.00 wyjeżdżamy z Luki (Luka) w stronę Kołomyi. Ciężka to trasa, pełna dziur, kałuż, zarwanych dróg i barwnych epitetów rzucanych w stronę przedniej szyby. Michał jest kierowcą, ja pilotem, dzieci mają być cicho, a bóstwa wszechświata mają nam sprzyjać ;)

Muzeum Pisanek, Vyacheslav Chornovil 43, Kołomyja – W sporym budynku w kształcie pisanki, mieści się (niestety) malutkie Muzeum Pisanek. Zwiedzanie zajmuje nam 25 minut i po wyjściu mamy lekki niedosyt, gdy porównujemy to miejsce z dwoma innymi pisankowymi muzeami, które odwiedziliśmy w Rumunii. (klik)

Usadba Okhotnichiy Dvor (booking), (Cheremshiny 46b, Yabluniv, 78621, Ukraina – Na 1 dzień zatrzymujemy się w gospodarstwie przemiłego, starszego małżeństwa. Do naszej dyspozycji mamy 2 ogromne pokoje, 2 łazienki, kuchnię, taras i ogród. Zarezerwowaliśmy 2 pokoje, choć spokojnie mogliśmy we czwórkę spać w jednym (każdy pokój miał 2 dostawki dla dzieci, czyli łącznie 8 miejsc do spania). Cena była niska, wzięliśmy więc całość za 100 zł (50 zł/pokój).

Gospodarze ugościli nas jak rodzinę, i dotrzymywali nam towarzystwa przez całe popołudnie i wieczór. Za 9zł/osoba zaproponowali nam też obiadokolację… Kotlety cielęce (!), ziemniaczki, warzywa z przydomowego ogródka, kompot i herbata. Do późnych godzin nocnych rozmawialiśmy o Ukrainie, Polsce, zwyczajach, tradycjach, naszych podróżach i ich pasji – polowaniach. (Dom ma wystrój typowo myśliwski, skóry, futra, poroża, kusze, wędki i zdjęcia z upolowanymi zwierzętami). Ot, takie ostrzeżenie dla wrażliwych…

Dzień 11 – Yabluniv i Krivorovnya

Poranek w Usadba Okhotnichiy Dvor to kolejna kulinarna uczta o zabarwieniu tradycyjnej, regionalnej kuchni. To piętrzący się stos delikatnych naleśników, to parujące miski mamałygi („na mleku, maśle i śmietanie, nie na wodzie!”), to domowy dżem z jagód i kompot z czereśni, to świeża bryndza i wędzony ser typu „oscypek”. Po pysznym śniadaniu, udajemy się z gospodarzem i jego przepięknym psem Orionem na spacer po okolicy. Dzieciaki bawią się na placu zabaw, szaleją na boisku i zapoznają się z wolno biegającymi zwierzętami gospodarskimi. Szkoda opuszczać to miejsce…

Trasa z Yabluniv (Jabłonów) do Krivorovnya (Krzyworównia) – to ponownie drogowy misz masz, z asfaltowymi epizodami i długimi wstawkami w postaci dziur, kraterów i szutru przechodzącego w kamienie wielkości pięści. To skupienie level 100, zaklinanie wytrzymałości auta, i rzucanie przekleństw, o jakie nie podejrzewalibyśmy siebie nawzajem ;)

Sadyba u ZumeraKrivorovnya, 78710, Ukraina (booking) (strona)

Skusiła nas miejscówka znaleziona na booking’u, z niesamowitym, drewnianym placem zabaw, z pięknym, panoramicznym widokiem na góry, drewnianym domem… Czy mogło być tak pięknie za 56 zł za 4 osoby (2 osobowy pokój – 28 zł)? Mogło, i BYŁO! To nasz HIT tej wyprawy, miejsce tak cudowne, naturalne, nieśpieszne i nieprzesiąknięte tyrustycznym chaosem, że aż chciało się tam zostać tydzień, lub dwa!

Rodzinna inicjatywa, cudowny pensjonat prowadzony przez Panią Natalię (z mężem i dziećmi) z sercem i werwą, jakiej czasem brak naszym rodzimym  „hotelarzom”.

Obiad

Dzień 12 – U Zumera (Krivorovnya), spacer po górach

Poranek „u Zumera” – Ranne ptaszki, pod dowodzeniem Matki Terrorystki, muszą wstawać skoro świt. Bo przecież szkoda dnia na wylegiwanie się w łóżku, i na bezproduktywne bujanie się na ogrodowej huśtawce ;). Po sytym śniadaniu, wyruszyliśmy na dłuuugi spacer brzegiem rzeki Czarny Czeremosz, a następnie daliśmy się prowadzić żółtym szlakiem po lesie. Przepiękne, górskie krajobrazy, czyste powietrze, cisza, spokój. Pozytywnie zmęczeni i z barwnymi wiankami na głowach, wróciliśmy do naszej ostoi.

Wizyta w królikarni, możliwość nakarmienia i przytulenia puchatych zwierzątek, to dla dzieci ogromna frajda i jednocześnie lekcja o obowiązkach w gospodarstwie.

Dzień 13 – Chust, restauracja Gagarin, hotel Karpaty

Droga… choć kiepska gatunkowo, to klimatyczna i pełna ukraińskich „smaczków” (pogaduchy z mieszkańcami, retro auta, pyszne jedzenie, przymusowe postoje spowodowane przemarszem gęsi).

Restauracja Gagarin i Bokorash, droga H09, Kvasy, Ukraina – Niesamowita niespodzianka, na najwyższym europejskim poziomie! Co za wystrój, co za obsługa, co za JEDZENIE! Wszystko tu grało, smakowało, relaksowało… No i to craftowe piwo warzone na miejscu. Bardzo POLECAMY!

Zamówiliśmy 2 sałatki z grilowanymi rybami (dla dzieci), barszcz ukraiński, regionalne kiełbaski, mięsny mix, 1 craftowe piwo i 3 napoje. Zapłaciliśmy za wszystko 63 zł :)

Hotel Karpaty, Ivana Franka 93, Khust – czyli wczesny Gierek, obsługa w fartuchach w grochy, ciepła woda pod prysznicem dopiero po upomnieniu się o nią, robale wielkości myszy… a wszystko z punktu widzenia ulicy wyglądało tak dobrze. Najgorsza noc na całej naszej trasie, nadmuchaliśmy własne materace, bo nie czuliśmy się dobrze na tych hotelowych. I serio, nie jesteśmy wybredni… ale tu autentycznie było brudno, nieświeżo, dziwni ludzie na korytarzu… „Hotel” do zapomnienia.

Dzień 14 – Uzhorod

Hotel Karpaty opuszczamy o 8.00 rano, i zaraz poprzekroczeniu bramy wjazdowej wymazujemy go z pamięci. Po całkiem niezłej jakościowo trasie docieramy do Użhorodu już o 10.00. Jest za wcześnie na zameldowanie się w hotelu, idziemy więc na miasto.

Do 12.00 szwędamy się po urokliwej starówce, kupujemy drobne pamiątki, aż w końcu górę bierze głód, i wchodzimy do ciekawie wyglądającej restauracji Astika. Zamawiamy pierogi z bryndzą, sałatkę z kurczakiem, serowe kulki, mięsną potrawkę,, 2 piwa i świńskie uszy (lekko gumowate, ale pasują do browara). Za wszystko płacimy niecałe 50 zł.

Po obiedzie szukamy ulgi od palącego skwaru (33 stopnie) i miejsca, w którym dzieciaki mogłyby się wyszaleć, stawiamy na klimatyzowaną kawiarnię połączoną z interaktywnym placem zabaw i salonem gier o wdzięcznej nazwie „Plastelina” (Plastilin Пластилін). Małpi gaj z kulkami i zjeżdżalniami, cymbergaj, nawalanie młotkiem w świstaki, ogromne domki dla lalek, jeżdziki, kolorowanki, symulatory aut wyścigowych i… pyszna kawa.

A naprzeciwko kawiarni znajduje się manufaktura lwowskiej czekolady… TEJ czekolady :)

Po południu meldujemy się w Hotelu Argo. I tutaj kolejne, pozytywne zaskoczenie. Za 99 zł dostajemy 2 pokojowy apartament, z łazienką, klimatyzacją, płaskim tv, internetem, dwoma łóżkami małżeńskimi, lodówką i śniadaniem dla całej czwórki! Odświeżamy się, i schodzimy na dół , na zadaszone patio, będące jednocześnie częścią hotelowej restauracji. Pyszne, choć niezbyt fit sałatki (polecam tę z podrobami, i tę mocno czosnkową z kapustą pekińską), aromatyczne mięsko, czerwone wino, zimne piwo, lody dla dzieciaków. Odpuszczamy dalsze spacery, i do 21.00 relaksujemy się na dworze…

Adres: Hotel Argo, Kapushanska 50, Uzhhorod

Dzień 15 – Granica, Krynica Zdrój, Muzeum Zabawek, Willa Miś

Po 10.00, na spokojnie, wyruszamy w stronę granicy ze Słowacją, do której mamy tylko kilka kilometrów. Przed samym przejściem robimy jeszcze drobne zakupy w świetnie zaopatrzonym supermarkecie. Serio, niech się schowa Alma, ten sklep wymiata (krewetki, małże, dojrzewające kiełbasy, ukraińskie przysmaki, cudowne słodycze).

Sama granica (Uzhorod) wywołała u nas mieszane uczucia. Z jednej strony jej przekraczanie trwało nie więcej niż 30 minut, z drugiej zaś, to było najbardziej stresujące przejście.  W oczekiwaniu na kontrolę obserwowaliśmy psy obwąchujące podróżujących, stanowiska do otwierania walizek i ich zawartość „wybebeszoną” obok, celników z lusterkami, sprawdzających podwozia aut. Co mieliśmy na pokładzie naszej karety? Hm… Powiedzmy, że mieliśmy stresa, aż pot po plecach nam spływał (a nie było gorąco). Kontrola nie była szczegółowa, ale BYŁA! No co tu dużo mówić, wierzymy w cuda ;)

Muzeum Zabawek w Krynicy Zdroju – Po dojechaniu do Krynicy (nasz finisz tego dnia), skierowaliśy się prosto do Muzeum Zabawek. Dzieciaki na wieść o tej atrakcji aż nie mogły spokojnie usiedzieć w fotelikach, a po przekroczeniu progu muzeum zaczęły wesoło podskakiwać ;). Po 1,5 godziny zwiedzania, uśmiechania się i opowieści z naszego (rodziców) dzieciństwa zrobiliśmy jeszcze drobne zabawkowe zakupy w muzealnym sklepiku (bierki, mini warcaby na magnes) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do zarezerwowanego dzień wcześniej pensjonatu.

Adres: Marszałka Józefa Piłsudskiego 2, 33-380 Krynica-Zdrój

Nolceg – Willa Miś, Zielona 31, 33-380 Krynica Zdrój.

Dzień 16 – Nowy Sącz, Skansen, Miasteczko Galicyjskie

Dzień powrotu do Wrocławia i… nieplanowanej atrakcji jaką stał się Sądecki Park Etnograficzny – Skansen i Miasteczko Galicyjskie. Zaprowadziła nas tam tablica informacyjna mijana na trasie. I tak oto o 10.00 rano, w towarzystwie charyzmatycznej przewodniczki, zwiedzaliśmy rozległy, przepiękny regionalny skansen. Zagrody, kurne chaty, dworek, szkoła, obóz Romów i wiele, wiele innych zabudowań. Na końcu samodzielne zwiedzanie Miasteczka Galicyjskiego z niespodziewanym bonusem w postaci festiwalu orkiestr dętych.

Adres: gen. Wieniawy Długoszowskiego 83b, 33-300 Nowy Sącz

Do Wrocławia dotarliśmy o 17.00 cali, zdrowi, z nieuszkodzonym autem i bagażnikiem pełnym słodyczy i innych ukraińskich specjałów ;)

Łącznie wydaliśmy:

  • Na benzynę: 800 zł
  • Na noclegi: 1220 zł (z czego 250 w PL)
Reklamy

3 Comments on 16 dni na Ukrainie z dziećmi – Lwów i Zakarpacie – relacja dzień po dniu, mapy, ceny, wskazówki

  1. Moim marzeniem jest podróż śladami Trylogii Sienkiewicza, takze skrzetnie odnotowuję wskazówki.

  2. Karolina // 03/08/2017 o 21:43 // Odpowiedz

    wapaniała podróż, ja jednak tak intensywne wyprawy zostawiam aż synek podrośnie :-)

  3. Super zorganizowana podróż! Przyjemnie patrzy się na małych podróżników :)) Piękne zdjęcia, szkoda, że niektóre „hotele” okazały się taką katastrofą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Przystanek Wrocław

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Rodzinne wędrówki górskie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Nareszcie urlop

English & Polish TravelBlog / Poland, Europe, the World

ZABAWA W GOTOWANIE

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Okiem Alexa - rodzinne podróżowanie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

AnnRK: Myśli i słowa wiatrem niesione

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Tędy i owędy

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Ohana

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Zabawkator

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Kajtostany

rodzinne rowerowe wyjazdowe stany

kultura, podróże i życie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Pomysłowe Pieczenie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Dolny Śląsk dla Uli

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

%d blogerów lubi to: