Polecamy

Jak Leo i Lea zostali RYCERZAMI – Byczyna koło Kluczborka

DSC_3302

Dwa drewniane miecze… Dwie tarcze… Jeden okrzyk: Do aaaatakuuu!!! Leo i Lea zostali pasowani na rycerzy i od 2 dni regularnie toczą walki na smierć i życie w naszym salonie. Ale co sie dziwić… Skoro zabieramy dzieci na Międzynarodowe Mistrzostwa w Walkach Bojowych to teraz musimy w spokoju tolerować odgłosy potyczek rycerskich ;) bez narzekania, bez uciszania i co najważniejsze bez przerywania tych honorowych starć ;)

Nasza Majówka miała być rodzinna i w zaciszu domowym. Był plan wysprzątania mieszkania od balkonu aż po piwnice, ogładnięcia po raz osiemdziesiąty piąty Władcy Pierścieni, zbudowania z klocków Lego całego miasta… Wystarczyła jednak jedna wiadomość od naszej czytelniczki (jak to poważnie brzmi :P) aby w sekundę zmienić plany i obrać kurs na Byczynę koło Kluczborka… Dostaliśmy „cynk” o masowym najezdzie rycerzy i dam dworu na to małe miasteczko i nie mogło nas tam zabraknąć.

Poranek przywitał nas przeszywającym chłodem (5 stopni) i padającą w poprzek mżawką :/ 5 warstw ubrań i kalosze skutecznie izolowały nas od tej paskudnej aury. Trasę z Wrocławia do Byczyny przejechaliśmy w godzinę po drodze gubiąc drogę dwa razy :) Gdy o 11.00 dojechaliśmy do grodu wolne miejsca do zaparkowania były już tylko na poboczu jezdni.

Przez chwile nie byliśmy pewni czy faktycznie trafiliśmy do miejsca ze średniowiecznym klimatem. Zmyliły nas budki z fast-foodem i „rozlewnie” piwa w plastikowych kubkach. Lecz gdy przekroczyliśmy bramę grodu… zaczęła się magia… Nie wiadomo skąd wyrosła przed nami grupa wojowników… Wszyscy po min. 2 metry wzrostu, na ramionach zarzucone zwierzęce skory, na głowach wymyślne, plecione fryzury, długie brody, każdy z bronią w ręku… Jako kobieta i maniaczka gier oraz książek fantasy uśmiechnęłam się tak szeroko jak tylko pozwalały mi na to granice w postaci uszu :) Nie chcąc narazić się Michałowi zmazałam uśmiech z twarzy i przycupnęłam przy palenisku… Rozpoczęły się pokazy…

Walki nożami, mieczami, kijami. Strzelanie z łuku, rzut nożem, toporem, włócznią do celu… Rycerskie pokazy walki na kopie…

Niesamowity pokaz męskiej zręczności i kobiecej odwagi zapowiedziały „trzaski” batów… W powietrzu zatańczyły skórzane węże… Na początku pokazując swoją siłę (cięły gliniane dachówki jak papier) a na końcu owijając się wokół ciał wojowniczek… Chętnych z widowni nie było ;) nie wiedzieć czemu…

IMG_1905

IMG_1906DSC_3353

A jeśli ktoś miał dosyć tej wszechobecnej „przemocy” mógł przysiąść pod dachem grodu i oddać się robótkom ręcznym podczas warsztatów. Sprawdzić czy wyrabiając garnek wyjdzie nam coś użytecznego czy zwykły nocnik… lub wyczarować piękne kwiatowe kompozycje z Osiki.

Nie mogło zabraknąć też kramów z dobrami wszelakimi. Od tkanin i nici po kolczyki i drewniane halabardy dla dzieci. Gdyby nie ograniczały nas fundusze wrócilibyśmy z kolczugą na piersiach, buzdyganem za pasem i workiem pełnym lawendy. Dzieci z drewnianym rynsztunkiem i ręcznie uszytymi, lnianymi zabawkami. Zostałam pochwalona przez jednego ze sprzedawców. Pomimo braku cen na biżuterii ja wybrałam tą najdroższą. Niepozorna szklana kula – wisior oczarowała mnie jak zaklęta. Jak się później okazało kosztowała dużo… za dużo monet ;) Przeniosłam się na stragan obok i kupiłam kolczyki z zamkniętym w środku kolorowym pieprzem (w cenie przystępnej dla zwykłego śmiertelnika)

Rozczarowanie przyszło w momencie pory obiadowej… Karczma pod Starym Toporem serwowała posiłki i ciepłe napoje tylko dla członków bractwa. Michał zapytał o kubek herbaty dla dzieci – odmówiono mu… A trzeba podkreślić że poszedł z dziećmi aby nie podejrzewano go o kłamstwo… Przekonaliśmy się na własnej skórze jak bardzo jest to zamknięte środowisko. Zmuszeni byliśmy zjeść obiad (!) w zimnej altanie na obrzeżach grodu. Frytki z keczupem i herbata z plastikowego kubka to były najlepsze „dania z karty” Fasolka po bretońsku była niewiadomego pochodzenia… a kiełbasy wciąż zimne leżały na grillu czekając na dorzucenie brykietu :/Ziemniaki wydawały się więc najmniejszym złem :/

IMG_1912 IMG_1908 IMG_1909Dzieci na szczęście nie odczuły naszego rozczarowania… Dostały frytki których na co dzień nie pozwalamy im jeść (no chyba że w wersji domowej – pieczone ziemniaczki w tymianku i oliwie) i mogły taplać się bez ograniczeń w błocie ;) O 13.00 do ekipy brudasków dołączył Wituś – synek naszej czytelniczki (to wciąż zbyt poważnie brzmi) i od tej chwili rycerze i damy dworu zeszli na drugi plan. Liczyła się tylko dobra zabawa i walka patykami ;)

DSC_3669

DSC_3449DSC_3431IMG_1904DSC_3456IMG_1915 IMG_1914DSC_3707 DSC_3720Niestety nasz dzień w grodzie zakończył się dość wcześnie… już o 18.00 siedzieliśmy w aucie czekając aż ogrzewanie zacznie działać… ;P Gdyby organizatorzy udostępnili więcej ciepłych pomieszczeń zostalibyśmy dłużej… Szkoda… Może w przyszłym roku aura będzie bardziej łaskawa.

Advertisements

1 Comment on Jak Leo i Lea zostali RYCERZAMI – Byczyna koło Kluczborka

  1. Rycerze i wszelkie imprezy rekonstrukcyjne to niestety szczelnie zamknięte środowisko, które zwykłych śmiertelników traktuje czasem jak brzęczące muchy. Bardzo fajnie jest, gdy przybywają goście z zagranicy – nie wiedzieć czemu są oni bardziej otwarci i mimo barier językowych (ja tam się z Czechami nie dogadam, nie wiem czemu!) chętnie pokazują, pozwalają dzieciom podotykać broni, skór, zbroi. Może to kwestia tego, że wspomagają się magicznymi ziołami i eliksirami ;) Ten plener w Byczynie nie był taki najgorszy, jak na historyczne pikniki, które my z kolei zaliczyliśmy – przestrzeń została w miarę rozsądnie zagospodarowana, ludzie nie wpadali co krok na kramiki i nie przesuwali się wokół nich jak w kolejce w markecie – rozstawione pod ścianami i na podgrodziu stanowiły fajną atrakcję. Nie mam tu na myśli syf-budek z jedzeniem. Wyjeżdżając następnym razem na kolejne zamkowe imprezy my bierzemy zupę w termos i kubeczki w plecak ;) Wspaniałe pokazy, wojownicy w skórach, zbrojach, ci z orężem i bez – przenieśli widzów w niesamowity świat, który szczególnie na dzieci działa wyjątkowo inspirująco. Nasze ściany już pokonane, pokryte bliznami z farby Witusiowego miecza, błagają o litość i malowanie. Dziękujemy za świetne towarzystwo na grodzie i miły wieczór w świecie Talismana. Powrót około 2 w nocy był dla Witka niesamowitym przeżyciem! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Przystanek Wrocław

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Rodzinne wędrówki górskie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Nareszcie urlop

English & Polish TravelBlog / Poland, Europe, the World

ZABAWA W GOTOWANIE

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Okiem Alexa - rodzinne podróżowanie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

AnnRK: Myśli i słowa wiatrem niesione

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Tędy i owędy

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Ohana

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Zabawkator

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Kajtostany

rodzinne rowerowe wyjazdowe stany

EDEK i MY o kulturze, podróżach i życiu

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Pomysłowe Pieczenie

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

Dolny Śląsk dla Uli

PODRÓŻE RODZICIELSTWO KUCHNIA

%d blogerów lubi to: